Wywiad w UWAŻAM RZE

Wrzesień 2012  |  Tygodnik Uważam Rze  |  Rozmawiał Grzegorz Benda

Wielką scenę omiatały dyskretnie sączące się światła. Na środku stał samotny facet z jakimś instrumentem dętym. Grał, przytupywał i i od czasu do czasu niemiłosiernie przydeptywał leżące na ziemi małe tajemnicze pudełko. Cała sala śledziła jego ruchy w ekstatycznym skupieniu. Ona też. Miała wtedy 15 lat. Od kilku lat mieszkała już z rodzicami w Warszawie. Kolega ze szkoły przy Bednarskiej wetknął jej bilet do Sali Kongresowej. Jazz Jamboree. Zabawne, że i ja byłem na tym koncercie! Michael Brecker wystąpił tego dnia dwukrotnie, o 17 i 20. Skąd pewność, że na tym samym? Bo, wstyd się przyznać, byłem na obu. A skąd wstyd? Bo po pierwszym chciałem usłyszeć to jeszcze raz, natychmiast, i… ukryłem się w toalecie. Wślizgnięcie się bez biletu na widownię było już błahostką. To był najdłuższy „bis”, jaki słyszałem w życiu, a Michael Brecker i jego „mały kumpel” sekwencer, najwyraźniej rozgrzani przez widownię, grali jeszcze lepiej niż trzy godziny wcześniej.

– Nie miałam wtedy zielonego pojęcia, kto to jest Michael Brecker – wspomina Krzysia. – A był jednym z najlepszych saksofonistów na świecie. Nogi się pode mną ugięły.

Od pięciu lat grała na gitarze i słuchała zupełnie innej muzyki, ale tego dnia poczuła, że od zaraz chce właśnie tej, jazzu. To wtedy wybrała i temu wyborowi pozostała wierna do dziś. Płyta „Feelings” jest już piątą w jej dorobku. Pierwsze cztery – „Tales”, „Ultra”, „Garden Of Love” i „Emotions” – ukazały się w latach 2002–2009. Ukończyła liceum plastyczne (maluje do dziś, choć już rzadziej niż kiedyś) i studia (co nieraz słychać) filozoficzne. Krzysia. Czyżby rodzice zaczytywali się w trylogii?

– To imię wymyślił mój tata. Mama chciała, bym miała na imię Izabella, ale tacie tak bardzo się nie podobało (może kojarzyło mu się z „Lalką”?), że w tajemnicy przed nią poszedł do urzędu stanu cywilnego (mama była wtedy uziemiona, leżała w łóżku) i powiedział, że chce, by jego córka nosiła imię Krzysia. Pani w urzędzie miała poważne wątpliwości, czy może mnie pod takim imieniem zarejestrować, ale okazało się, że jest takie imię – Krzysztofa – i takie mam w dowodzie. Imię Krzysi z „Pana Wołodyjowskiego” było co prawda zdrobnieniem od Krystyny, ale tacie chodziło o to, bym była Krzysią „z trylogii” i tak czy tak dopiął swego! To imię przysparzało mi w dzieciństwie trochę problemów, bo wołali na mnie Krzysiek, ale w końcu je polubiłam. Jest jak pseudonim artystyczny. Za granicą mają kłopoty z jego wymówieniem i tam jestem „Ksisia”.

Rodzina Górniaków pochodzi spod Łodzi. Potem był Olsztyn (tu się urodziła), Śląsk (przez dziewięć lat), Warszawa (także dziś) i austriacki Graz, gdzie spędziła sześć lat, studiując na Wydziale Jazzu miejscowego Uniwersytetu. Rodzice jeździli „za chlebem”, ona „za muzyką”. Dziadek grał kiedyś na akordeonie i skrzypcach, ciotka na fortepianie, mama w dzieciństwie na mandolinie, a tata gra na organkach, ale nikt nie robił tego zawodowo. Krzysia też chciała grać. Kiedy miała sześć lat, po raz pierwszy zasiadła do fortepianu, ale ostatecznie wybrała gitarę. A może raczej to… gitara wybrała ją? W szkole muzycznej, do której zdawała, powiedziano jej, że nie ma miejsca na fortepian, więc proponują jej wiolonczelę lub gitarę. Nie wiedziała, jak wygląda wiolonczela, więc wybór był oczywisty, ale gitara klasyczna szybko okazała się dla niej zbyt… klasyczna i zamieniła ją na elektryczną. Jednym z jej pierwszych nauczycieli był Michał Grymuza. Ważne okazały się jazzowe warsztaty w Puławach. Krzysia, Justyna, Dorota i Ania dobiegały pełnoletności (byli i chłopcy, ale o nich może przy innej okazji). One trzy były wokalistkami, ona z nieodłączną gitarą. Ćwiczenia, rozmowy i wieczorne słuchanie muzyki do białego rana. Krzysia, pewnie pod wpływem koleżanek, też próbowała śpiewać, ale uznała, że jej możliwości wokalne jej samej nie satysfakcjonują. Dziś jednak nieraz wykorzystuje je delikatnie (i instrumentalnie), jak choćby w utworze „Walking in Your Dreams”.

– Moje koleżanki – Justyna, Dorota i Ania – zrobiły piękne kariery: Justyna Steczkowska, Dorota Miśkiewicz i Anna Maria Jopek.

Opowiada o tym z uśmiechem i radością, choć jednej z nich na pewno odrobinkę zazdrości. Tej ostatniej. Czego? Kogo? Wystarczy włączyć którąkolwiek z płyt Krzysi, choćby pierwszy utwór „Purple Love” z tej najnowszej, i… wszystko jasne. Pat Metheny.

– Chodziłam na wszystkie jego koncerty, które kiedykolwiek zagrał w Polsce. Dla mnie zawsze był (jest!) współczesnym Mozartem. Wszystko domknięte współbrzmieniami, a jednocześnie bardzo harmonijne. Rzadko odjeżdża w rzeczy hot jazzowe i chromatyczne, wszystko jest śpiewne i piękne. Ma wspaniałe, wypracowane przez lata poczucie estetyczne i wciąż się od niego uczę. Ja też wolę zagrać mniej i resztę dograć (dośpiewać sobie) już w głowie, niż grać to, co mi palce powiedzą. Łatwo jest na gitarze grać skalę „w górę i w dół” i gęsto zabudowywać przestrzeń, ale ja wolę tę jego stylistykę. Spotkałam się z nim w 2000 r. na jamie w Harendzie. Podarowałam mu moją płytę, wtedy jeszcze bez okładki, z materiałem nagranym z chłopakami z Grazu. Nie kopiuję jego muzyki, moja muzyka jest po prostu… moja, ale on jest najbardziej subtelnym z gitarzystów i może dlatego – ja, kobieta – tak bardzo pokochałam właśnie jego muzykę. To najwyższa półka i każdy chciałby jej dosięgnąć. Ja też próbuję. A płyta, którą nagrała z nim Ania? No cóż, to marzenie. Może spełni się takie kiedyś i mnie. Na razie spełniło się pięć, a pracuję już nad kolejnym.

Inspiracji szukała także u takich tuzów jak Seal, Dave Matthews, Prince, Steve Wonder, Keith Jarrett czy nasz Tomasz Stańko, ale – jak mówi – najbardziej inspiruje ją życie, to, co wokół. I ludzie. „Feelings” to dziewięć instrumentalnych kompozycji: siedem autorstwa Krzysi, dwie znakomitego pianisty i kompozytora Wojciecha Gogolewskiego. Kwartet uzupełniają grający na basie i kontrabasie Paweł Panta oraz perkusista Artur Lipiński. Ich jest trzech, ona jedna, więc wiadomo, kto rządzi. Muzyka!

Artykuł: http://www.uwazamrze.pl/artykul/997255/krzysia

 

Share This